Sierota z Hawthorne (z notatnika Justyny)

Mój pierwszy dzień w Firmie. Mam tu być asystentką prezesa Wywigacza, czyli Prezesa, jak tu o nim mówią, a – wierzcie mi – słychać, że to jest duże „P”. Musi mieć facet charyzmę. Trudno mi coś o tym powiedzieć, bo na oczy go nie widziałam. Jak miałam iść na rozmowę, to w ostatniej chwili musiał wyjechać na parę dni do Katowic i ponoć pozostawił decyzję personalnemu. To ładnie, że potrafi delegować.

Strasznie jestem go ciekawa, przyszłam wcześniej (normalnie mam zaczynać o 8.30), ale prócz portiera nikogo w Firmie jeszcze nie było. I właśnie pan Zenek powiedział mi, że Prezes wyjechał wczoraj na parę dni na Dominikanę, będzie po weekendzie. Strasznie się zdenerwowałam, od razu zachciało mi się zapalić (bo ja się odzwyczajam, no i znowu nie mam narzeczonego, ale to nie należy do tematu). Pan Zenek powiedział mi, że w Firmie palaczy traktuje się „gorzej niż złodziejów” i jeszcze jakieś słowo na „k”, ale niegramatycznie. Siedzę więc sama za pustym biurkiem. Włączyłam komputer, ale nie mogę się zalogować do sieci.

godz. 9.49

Za chwilę zwariuję, okazało się, że informatyk dziś nie wyszykuje mi komputera, bo coś ma z samochodem, a może z dzieckiem. Co chwila ktoś zagląda, ale nikt nie zaczyna rozmowy, wszyscy strasznie zalatani. Już bym komuś kawę zrobiła, a sobie samej to mi się nie chce. Zapalić, zapalić…

godz. 10.38

Zwycięstwo! Jak to jednak odwaga popłaca! Wyszłam na korytarz, że niby do toalety i natknęłam się na dziewczynę może trochę starszą ode mnie. Sama do mnie zagadnęła, zapytała co tu robię, popatrzyła może trochę dziwnie, ale przedstawiła się (zapomniałam imienia), jest szefową działu sprzedaży i bardzo się śpieszy. Szybko ją zapytałam, czy tu można gdzieś zapalić, znowu popatrzyła trochę dziwnie, ale odpowiedziała, że przypadkiem wie, bo Darek, jej pracownik, jest palaczem (ciekawe, czy żonaty, ale to nie należy do tematu), chyba jedynym w całej Firmie, i chodzi na papierosa do pomieszczenia w końcu korytarza na lewo. Zaraz tam pobiegłam! Kanciapa chyba metr na dwa, zawalona starymi pudłami i papierami, w kącie jakieś szczotki, ale nie narzekajmy. Zaciągam się LM-em light.

godz. 12.40

Właśnie wróciłam do biurka, więc piszę, co się wydarzyło w palarni. Paliłam i notowałam, nagle usłyszałam zbliżające się kroki. Myślałam, że zaraz wejdzie ten Darek. Schowałam notatki, drzwi się otwierają, w progu staje facet. Wyglądu nie ma co opisywać, taki po pięćdziesiątce.

– Dziecinko, pozwól, że się przedstawię, Dowiedczyk moje nazwisko, docent Dowiedczyk – powtórzył z naciskiem. Otworzyłam usta. Po pierwsze, co za „dziecinko”, trzydziestka zbliża się wielkimi krokami. Po drugie, co za docent, a poza tym, kim on jest w Firmie. Ale nie musiałam się odzywać, sam nawijał.

– Jestem osobistym doradcą Prezesa. Sztab, rozumiesz dziecinko. Doradzać mogę we wszystkich sprawach. Habilitowałem się z marketingu strategicznego, doktorat pisałem z etyki biznesu, no ale sama rozumiesz, nikt nie wyżyje z pensji na uczelni. Prezes na szczęście należy do światłych menedżerów, potrafi słuchać, docenić mądrość innych. Doktor Phinney, u której studiowałem psychologię na University of Michigan stwierdziła w swych badaniach, że za ludzi mądrych powszechnie uznaje się te osoby, które „unikają działań niemądrych i destrukcyjnych”.
Już chciałam powiedzieć, że to w miarę oczywiste, otwarcie ust jednak bardziej mi się przydało, aby zamaskować nieoczekiwane ziewnięcie. Trochę się wyłączyłam z toku rozumowania docenta (chyba będę mówić Docent, facet ma rzeczywiście dużą wiedzę), gdy zorientowałam się, że o coś mnie spytał. Znów otworzyłam usta, tym razem niepotrzebnie. Docent mówił dalej:

– Aha, rozumiem, sierota z Hawthorne. Pamiętasz oczywiście, dziecinko, klasyczny eksperyment Eltona Mayo z Western Electric w Hawthorne. Badając czynniki decydujące o wydajności pracy, ciągle zmieniał wybranej grupie robotnic oświetlenie, wentylację, przerwy na posiłki, odrywał je od pracy celem przeprowadzania wywiadów. Facet myślał, że tak zdezorientowane będą gorzej pracować. Jakże się mylił! One pracowały coraz lepiej, niezależnie od tego, czy warunki im się poprawiały, czy pogarszały. Były po prostu wdzięczne, że ktoś nareszcie obdarza je swą uwagą, że chce ich wysłuchać. Rozumiesz? Po prostu wysłuchać! To bardzo ważne dostrzec w pracowniku istotę społeczną. A najgorzej jest takim „sierotom”, którymi nikt się nie interesuje. No, miło mi się z tobą gawędziło, ale muszę już lecieć. Przygotuję dla Prezesa wytyczne do projektu wdrożenia programu adaptacji nowych pracowników, bo coś mi się widzi, że ta sprawa u nas kuleje…

Wybiegł. Znów otworzyłam usta. Tym razem ze zdumienia.

godz. 17.00

No, chyba mogę się zacząć zbierać. Dobrze, że jutro weekend. Dużo się może nie napracowałam, ale ile nauczyłam! Ta Firma jest chyba naprawdę bardzo fajna. W poniedziałek poznam szefa, no i może tego Darka z działu sprzedaży. Ale to chyba nie należy do tematu.

PS. Wszelkie podobieństwo osób, zdarzeń itd. jest przypadkowe. Prawdziwe są jedynie wyniki badań E. Mayo oraz – autentycznie! – dr Phinney.

Oceń ten post

Dodaj komentarz